- Czyż nie piękny widok z tutejszego wzgórza ? wokół wszędzie tylko gęste lasy. Znakomite miejsce na odpoczynek od zniszczonego ludzkością świata.
- Przecież wiesz, że nie takiej odpowiedzi od Ciebie oczekuję.- zwróciłem się do niego lekko zdenerwowanym głosem.
-Chcę tylko pięknem sił wyższych przysłonić swój zaśmiecony umysł.- powiedział drżącym a zarazem wysokim tonem. "od razu się poddał" pomyślałem, lecz dociekałem dalszej prawdy zadając mu kolejne pytanie: Czymże więc jest dla Ciebie szczęście?
- Szczęście powiadasz... Szczęściem dla mnie jest niewątpliwie ciepło rodzinne. Mama, tata, rodzeństwo zarówno jak i przyjaźń. Taka prawdziwa, która nawet nie istnieje. Ale przede wszystkim wspomnienia. To one odgrywają ogromną rolę w moim marnym życiu. To właśnie one mają największą moc, prócz Boga. Wtenczas na jego prawym policzku dostrzegłem srebrną łzę, po nim spływającą. Odbijała słoneczny blask. wokół słychać śpiew ptaków oraz szum drzew. W tym miejscu jako jedynym na ziemi poczułem prawdziwy, intensywny zapach prawdziwej natury. "nikt tak na prawdę nie wie co się we mnie kryje. co myślę, czuję..." powiedział spokojnym, lekkim głosem. Stwierdziłem, iż nie ma pojęcia, co znaczy czuć się niebiańsko czy błogo, lecz w tamtym momencie poczułem nagłe ciepło wewnętrzne. Stwierdziłem, że ja jako jedyny wiem doskonale co w sobie kryje zniszczony motyl, ze zniszczonymi skrzydłami, który nie potrafi się wzbić w górę mimo wielokrotnych starań. Coś skusiło mnie bym podszedł bliżej. nie stawiłem żadnego oporu. Uklęknąłem przy nim, po czym zatonął w moich czułych objęciach. Poczułem powiew gorącego chłodu. Z jakiegoś niewyjaśnionego wiedziałem, że najgorsze dopiero ma nadejść. Otwieram oczy. Jest mrok. Przeszły mnie ciarki, w momencie gdy dostrzegłem iż znajduję cię na starym, opuszczonym cmentarzu. Wokół ogrom zniszczonych mogił, a ja przerażony tulę krzyż grobowca mojego najlepszego przyjaciela, a zarazem kogoś mi bliższego. I momentalnie wróciły wszystkie wspomnienia z nim związane. Przeszyły mi one czaszkę wraz z jej zawartością w tak szybkim tempie, iż myślałem, że za chwilę rozsadzi mi głowę, a mój mózg niczym truskawkowy kisiel wypłynie ze strzępionej czaszki, resztki uszami. Zdałem sobie sprawę, że staję u jego trumny po czym padam na kolana po raz trzydziesty trzeci. Składam więc ręce do modlitwy, mając świadomość, że tutaj nie ma Boga. Czy to ma jakikolwiek sens? A czy ktoś w ogóle tak powiedział? opuszczam powoli głowę w dół. O niczym nie mam pojęcia, jednak zaczynam po chwili czuć iż wszystkie kamienie stają się miękkie, choć wokół nie było żadnego, a ja młody konam ze starości. Słyszę czyjeś kroki, brzmiące jak gdyby ktoś przy ciężkich butach typu glany, miał zamocowane ogromne klamry, a ich stukot mnie przerażał. On był bliżej i bliżej. Drżałem cały ze strachu zaciskając spocone pięści. Odwróciwszy się oraz stanąwszy natychmiastowo na baczność, rzekłem jak na rozkaz: "Sześćdziesiąt Sześć i Sześć- treścią Twego imienia". Jego Twarz mimo, iż była lekko uchylona ku górze. Jego Twarz była praktycznie całkowicie niewidoczna, za sprawą ogromnego kaptura koloru hebanowego, który ciągną za sobą długi, rozłożysty płaszcz całkowicie zasłaniając "jego" aparycję. Stanąłem jak wryty, gdy odrzekł nagle nieludzkim głosem: Czy wiesz, że moja w tym zasługa? To gałęzie moich drzew utuliły go do wiecznego snu, pośród głębi lasu. Ludzie grają na mych instrumentach lepiej, niż się tego spodziewałem.
-Wiem, że nie ma odwrotu. lecz wierzę głęboko, choć nie do końca wiem co to znaczy.- odpowiedziałem przepełniony pewnością siebie. W umyśle nagle biegnę skalną pustynią. Wokół pustki. Na końcu widoczne urwisko. Nie zwalniam, wręcz przeciwnie. Rozpędzony niczym wiatr, wybijam się z urwiska. spadam w dół z rozłożonymi rękoma. Widzę samego siebie w pewnej odległości, niczym w mrocznym filmie grozy. Ma to charakter nieodwracalny. Uderzam z ogromną prędkością o kamienną płaszczyznę. Wraz z upadkiem, a konkretnie z zetknięciem się mego ciała z owym gruntem, moje ciało sukcesywnie zamienia się w kłęb kruczoczarnych, puszystych piór, unoszących się wraz z wiatrem w górę. Począwszy od stóp, aż po sam czubek głowy. Część unosi się nad znajdującym się nieopodal oceanem, w którym dostrzec można odbicia błyskawic. Niebo jest tak samo ciemne jak ocean bądź odwrotnie lub jeszcze inaczej... "Czyżbym upadł w górę?" spytałem sam siebie stojąc w pożodze. Czy rzeczywiście tak oto wygląda Królestwo Niebieskie do którego dążymy przez całe życie wszelkimi staraniami? Wokół mnie momentami widać jeszcze płomienie, gdzie nie gdzie jakieś niedopałki ludzkich zwłok. Wszędzie unosi się lichy dym. Wieje porywisty wiatr. Poczułem się jak w "Constantine". Koniec Ludzkości. Po chwili ukazuje mi się postać wyłaniająca się z kłębu masowego dymu. To ja. Mam na sobie biały, rozciągnięty i lekko przybrudzony podkoszulek. Przetarte w wielu miejscach jeansy. włosy rozczochrane. Stoję boso, a ręce swobodnie spoczywają wzdłuż ciała. Nie posiadam oczu. Dostrzec można tylko czerwonoczarne oczodoły, z których wypływa spokojnie krew. W tle słychać "Requiem For A Dream". Me stopy topią się w łzach żalu, smutku, cierpienia i rozpaczy. Mało przyjemne doświadczenie bardzo delikatnie powiedziawszy... Zaczynają drżeć mi bębenki w uszach. Incydent się nasila. Nagle, niczym demoniczny orszak żałobny, uderzając tak głośno w swe instrumenty, czy raczej żelastwo, ogromne, niewidoczne i rozlatujące się, które z impetem we mnie uderza, niczym w skałę. Stąd ten niebywały dźwięk. Kawałki mych jelit, trzewi oraz resztki ciała jedzą wrony. Nie potrafię opisać tego doświadczenia słowami, gdyż ciężko nawet uczuciem. Wysoka dawka DMT czyni swoją powinność. W błyskawicznym tempie rozpętał się deszcz krwi, niosąc za sobą kolejne ofiary, niszczone w bestialski, okrutny sposób. Chcąc popełnić samobójstwo, biegnę poprzez ciemny, gęsty i zimny las. Na gałęziach wiszą ludzkie płody oraz noworodki. Czy coś mnie jeszcze Dziś zaskoczy? One są wszędzie! Biegnąc, staram się je omijać, lecz przypadkowo uciekam depcząc po nich. A przed czym tak właściwie uciekam? Przed złem tego świata, mimo iż sam nad głową nie mam aureoli. Ludzie są okrutni, a życie jest cholernie ciężkie. C'est La Vie, jak to się powiada. Stąpam po ziemi której nie ma. Świat nigdy nie istniał i nie istnieje. To tylko moja chora wyobraźnia płata mi tak niewytłumaczalne figle. Zaczynam lewitować niczym Jezus. Me ciało błyszczy. (Kto tak sprawił do jasnej cholery?). Nagle słyszę tajemniczy głos stojącej tyłem, o nieludzkich kształtach kobiety. coś niewyraźnie szepcze. Odwraca się do mnie przy czym jej włosy rozwiewają się we wszystkich kierunkach. Wskazuje mi ( z niewiadomych przyczyn) zielone, niezwykłe miasto w oddali, mówiąc:
- Czy jest jeszcze coś co chciałbyś ujrzeć?
- A czy jest coś jeszcze, co mogłabyś mi zaoferować?- odrzekłem z zamkniętymi szeroko ustami. Całość trwało około dwóch tysięcy lat, a w rzeczywistości piętnaście minut. I tak tego nie zrozumiecie.
Nawet ogromna dawka LSD wam nie zapewni takiej jazdy.
Dimetylotryptamina- załaduj wszechświat, wyceluj, po czym strzel sobie w łeb.
Bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą."
- Przecież wiesz, że nie takiej odpowiedzi od Ciebie oczekuję.- zwróciłem się do niego lekko zdenerwowanym głosem.
-Chcę tylko pięknem sił wyższych przysłonić swój zaśmiecony umysł.- powiedział drżącym a zarazem wysokim tonem. "od razu się poddał" pomyślałem, lecz dociekałem dalszej prawdy zadając mu kolejne pytanie: Czymże więc jest dla Ciebie szczęście?
- Szczęście powiadasz... Szczęściem dla mnie jest niewątpliwie ciepło rodzinne. Mama, tata, rodzeństwo zarówno jak i przyjaźń. Taka prawdziwa, która nawet nie istnieje. Ale przede wszystkim wspomnienia. To one odgrywają ogromną rolę w moim marnym życiu. To właśnie one mają największą moc, prócz Boga. Wtenczas na jego prawym policzku dostrzegłem srebrną łzę, po nim spływającą. Odbijała słoneczny blask. wokół słychać śpiew ptaków oraz szum drzew. W tym miejscu jako jedynym na ziemi poczułem prawdziwy, intensywny zapach prawdziwej natury. "nikt tak na prawdę nie wie co się we mnie kryje. co myślę, czuję..." powiedział spokojnym, lekkim głosem. Stwierdziłem, iż nie ma pojęcia, co znaczy czuć się niebiańsko czy błogo, lecz w tamtym momencie poczułem nagłe ciepło wewnętrzne. Stwierdziłem, że ja jako jedyny wiem doskonale co w sobie kryje zniszczony motyl, ze zniszczonymi skrzydłami, który nie potrafi się wzbić w górę mimo wielokrotnych starań. Coś skusiło mnie bym podszedł bliżej. nie stawiłem żadnego oporu. Uklęknąłem przy nim, po czym zatonął w moich czułych objęciach. Poczułem powiew gorącego chłodu. Z jakiegoś niewyjaśnionego wiedziałem, że najgorsze dopiero ma nadejść. Otwieram oczy. Jest mrok. Przeszły mnie ciarki, w momencie gdy dostrzegłem iż znajduję cię na starym, opuszczonym cmentarzu. Wokół ogrom zniszczonych mogił, a ja przerażony tulę krzyż grobowca mojego najlepszego przyjaciela, a zarazem kogoś mi bliższego. I momentalnie wróciły wszystkie wspomnienia z nim związane. Przeszyły mi one czaszkę wraz z jej zawartością w tak szybkim tempie, iż myślałem, że za chwilę rozsadzi mi głowę, a mój mózg niczym truskawkowy kisiel wypłynie ze strzępionej czaszki, resztki uszami. Zdałem sobie sprawę, że staję u jego trumny po czym padam na kolana po raz trzydziesty trzeci. Składam więc ręce do modlitwy, mając świadomość, że tutaj nie ma Boga. Czy to ma jakikolwiek sens? A czy ktoś w ogóle tak powiedział? opuszczam powoli głowę w dół. O niczym nie mam pojęcia, jednak zaczynam po chwili czuć iż wszystkie kamienie stają się miękkie, choć wokół nie było żadnego, a ja młody konam ze starości. Słyszę czyjeś kroki, brzmiące jak gdyby ktoś przy ciężkich butach typu glany, miał zamocowane ogromne klamry, a ich stukot mnie przerażał. On był bliżej i bliżej. Drżałem cały ze strachu zaciskając spocone pięści. Odwróciwszy się oraz stanąwszy natychmiastowo na baczność, rzekłem jak na rozkaz: "Sześćdziesiąt Sześć i Sześć- treścią Twego imienia". Jego Twarz mimo, iż była lekko uchylona ku górze. Jego Twarz była praktycznie całkowicie niewidoczna, za sprawą ogromnego kaptura koloru hebanowego, który ciągną za sobą długi, rozłożysty płaszcz całkowicie zasłaniając "jego" aparycję. Stanąłem jak wryty, gdy odrzekł nagle nieludzkim głosem: Czy wiesz, że moja w tym zasługa? To gałęzie moich drzew utuliły go do wiecznego snu, pośród głębi lasu. Ludzie grają na mych instrumentach lepiej, niż się tego spodziewałem.
-Wiem, że nie ma odwrotu. lecz wierzę głęboko, choć nie do końca wiem co to znaczy.- odpowiedziałem przepełniony pewnością siebie. W umyśle nagle biegnę skalną pustynią. Wokół pustki. Na końcu widoczne urwisko. Nie zwalniam, wręcz przeciwnie. Rozpędzony niczym wiatr, wybijam się z urwiska. spadam w dół z rozłożonymi rękoma. Widzę samego siebie w pewnej odległości, niczym w mrocznym filmie grozy. Ma to charakter nieodwracalny. Uderzam z ogromną prędkością o kamienną płaszczyznę. Wraz z upadkiem, a konkretnie z zetknięciem się mego ciała z owym gruntem, moje ciało sukcesywnie zamienia się w kłęb kruczoczarnych, puszystych piór, unoszących się wraz z wiatrem w górę. Począwszy od stóp, aż po sam czubek głowy. Część unosi się nad znajdującym się nieopodal oceanem, w którym dostrzec można odbicia błyskawic. Niebo jest tak samo ciemne jak ocean bądź odwrotnie lub jeszcze inaczej... "Czyżbym upadł w górę?" spytałem sam siebie stojąc w pożodze. Czy rzeczywiście tak oto wygląda Królestwo Niebieskie do którego dążymy przez całe życie wszelkimi staraniami? Wokół mnie momentami widać jeszcze płomienie, gdzie nie gdzie jakieś niedopałki ludzkich zwłok. Wszędzie unosi się lichy dym. Wieje porywisty wiatr. Poczułem się jak w "Constantine". Koniec Ludzkości. Po chwili ukazuje mi się postać wyłaniająca się z kłębu masowego dymu. To ja. Mam na sobie biały, rozciągnięty i lekko przybrudzony podkoszulek. Przetarte w wielu miejscach jeansy. włosy rozczochrane. Stoję boso, a ręce swobodnie spoczywają wzdłuż ciała. Nie posiadam oczu. Dostrzec można tylko czerwonoczarne oczodoły, z których wypływa spokojnie krew. W tle słychać "Requiem For A Dream". Me stopy topią się w łzach żalu, smutku, cierpienia i rozpaczy. Mało przyjemne doświadczenie bardzo delikatnie powiedziawszy... Zaczynają drżeć mi bębenki w uszach. Incydent się nasila. Nagle, niczym demoniczny orszak żałobny, uderzając tak głośno w swe instrumenty, czy raczej żelastwo, ogromne, niewidoczne i rozlatujące się, które z impetem we mnie uderza, niczym w skałę. Stąd ten niebywały dźwięk. Kawałki mych jelit, trzewi oraz resztki ciała jedzą wrony. Nie potrafię opisać tego doświadczenia słowami, gdyż ciężko nawet uczuciem. Wysoka dawka DMT czyni swoją powinność. W błyskawicznym tempie rozpętał się deszcz krwi, niosąc za sobą kolejne ofiary, niszczone w bestialski, okrutny sposób. Chcąc popełnić samobójstwo, biegnę poprzez ciemny, gęsty i zimny las. Na gałęziach wiszą ludzkie płody oraz noworodki. Czy coś mnie jeszcze Dziś zaskoczy? One są wszędzie! Biegnąc, staram się je omijać, lecz przypadkowo uciekam depcząc po nich. A przed czym tak właściwie uciekam? Przed złem tego świata, mimo iż sam nad głową nie mam aureoli. Ludzie są okrutni, a życie jest cholernie ciężkie. C'est La Vie, jak to się powiada. Stąpam po ziemi której nie ma. Świat nigdy nie istniał i nie istnieje. To tylko moja chora wyobraźnia płata mi tak niewytłumaczalne figle. Zaczynam lewitować niczym Jezus. Me ciało błyszczy. (Kto tak sprawił do jasnej cholery?). Nagle słyszę tajemniczy głos stojącej tyłem, o nieludzkich kształtach kobiety. coś niewyraźnie szepcze. Odwraca się do mnie przy czym jej włosy rozwiewają się we wszystkich kierunkach. Wskazuje mi ( z niewiadomych przyczyn) zielone, niezwykłe miasto w oddali, mówiąc:
- Czy jest jeszcze coś co chciałbyś ujrzeć?
- A czy jest coś jeszcze, co mogłabyś mi zaoferować?- odrzekłem z zamkniętymi szeroko ustami. Całość trwało około dwóch tysięcy lat, a w rzeczywistości piętnaście minut. I tak tego nie zrozumiecie.
Nawet ogromna dawka LSD wam nie zapewni takiej jazdy.
Dimetylotryptamina- załaduj wszechświat, wyceluj, po czym strzel sobie w łeb.
Bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą."
KONIEC
Autor: Aleksander Szafraniec
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz