Requiem za ludzkość.
Leżąc na łóżku rozmyślam o dalszej egzystencji mojej persony w tym strawionym przez ludzkość świecie. Jaka rola jest przypisana mnie? Chciałbym zapoznać się ze scenariuszem. Czy wogóle to wszystko ma jakikolwiek sens? Przecież i tak wszyscy prędzej czy później zakończymy swój marny żywot, gnijąc w ciemnej, zimnej i pozbawionej oddechu mogile. Robale zaczną dobierać się do naszego ciała kolejno, począwszy od warstwy zewnętrznej, aż po nasze wnętrzności. Nawet nie zostanie z nas proch, mimo iż teroretycznie z niego powtaliśmy. Odpalam szluga. Wpatruje się w gęsty dym unoszący się w pomieszczeniu. Po chwili przyglądam się glizie nafaszerowanej zabójczym uzależnieniem. Żar to ja. Część zawierająca tytoń, to linia mojego życia. Popiół jest tym, co po mnie zostaje. Filtrem zaś jest trumna. Do czego więc zmierzam? Tylko Bóg zna odpowiedź. Trzy czwarte fajki. Czy niemógłbym sycić się jej przepełnionym nikotyną dymem wiecznie? Życie jest tak krótkie i cholernie ciężkie. Czyżbyśmy byli "doświadczalnymi królikami" sił wyższych? Mimo cierpienia, wielu z nas nie chce by finalnie zamknięto nasze zwłoki w drewnianej skrzyni na wieki. Jestem w połowie papierosa-połowie swego życia. Nalewam whisky do pełna. Pierwszy łyk. Jej smak sprawia, że mam skrzywioną minę. Po upływie pewnego czasu kolejny raz sięgam po szklankę. Już nie jest tak źle, jak za pierwszym razem. Z każdym kolejnym łykiem, trunek nie pieści mego podniebienia, ale jest już coraz lepiej. Oznacza to, że czas nie leczy ran, a przyzwyczaja do bólu. Powoli dochodzę do filtra. Moje życie dobiega końca. Każdy mój uśmiech, smutek i wszystkie wspomnienia nie mają już większego sensu czy znaczenia. To przecież popiół. Delikatny. Rozwiał go wiatr... I tyle wartości przepada w nicość. Nawał myśli w prędkości milion na sekundę. Dimetylotryptamina czyni swoją powinność. Żar doszedł do filtra, po czym powoli zgasł. Oznacza to moją śmierć. Umarłem. Czasem zastanawiam się ile paczek papierosów dziennie wypala Bóg. Ile żyć "wypalił" od początku ludzkości. Ile ma jeszcze zamiar wypalić... Czy jest to dla niego opłacalne? Bowiem on chroni me oczy od łez. Moje nogi od upadku... Pierwszy lipca, cztery minuty po północy. Spoczywając na łóżku próbuje zapaść w sen, który mnie wyzwoli. Staram się zapomnieć o rzeczywistości. Wtedy to dowiedziałem się o śmierci brata. W ustach poczułem smak gorzkiej czekolady a w pomieszczeniu unosił się zapach słodkiego popiołu, niczym woń kilkudniowego denata. O czym myślałem? - Nie mam pojęcia. Nie na co dzień dowiadujesz się o finale egzystencji bliskiej Ci osoby, jakim jest członek rodziny. Cios ostrzem prosto w serce. Ale to i tak nie wszystko. Jeszcze drzemie w naszych mózgach coś, co zwiemy świadomością. To ona najbardziej niszczy moją psychikę pomijając idiotyzm ludzi, w każdej postaci. Linia jego życia była tak kręta, iż zatoczyła mu pętlę wokół szyi. Do dziś wspominam wszystko co nas łączyło. Zrozumieją mnie tylko Ci, których dotknęła podobna tragedia. Życie jest zbyt krótkie by żyć ograniczeniami które zostały w nas wmanewrowane przez społeczeństwo. Należy to przełamywać, wspinać się na szczyt szczęścia szczebel po szczeblu, zgodnie z ambicjami. I tylko Bóg ma prawo mnie osądzać. Bowiem zrobi to sprawiedliwie. A zanim Ty osądzisz mnie, zrób rachunek sumienia. Najlepsze lata mojego życia ? wszystkie te, które poprzedzają datę moich urodzin. A teraz? -Teraz może być tylko gorzej. Rzeczywistość mnie torturuje w sposób okrutny. To tak, jakby ktoś wbijał mi wykałaczki pod paznokcie. Optymiści powiedzą, że ich szklanka jest wpół pełna. Ja raczej używam określenia, że moja szklanka jest na wpół pusta. W dodatku wewnątrz znajduje się gorzki czaj. Superlatywą jednakże jest to, że jest go tylko do połowy. W takim razie, co z drugą połową? Jest pusta. To miejsce czeka na dobroć od ludzi. Na pokój na świecie. Wypijając zaś czaj, którego sobie zaparzyliśmy poprzez nasze szyderstwo, chciwość, rządzę i nienawiść, tym samym sprawimy przestrzeń uczynkom, dzięki którym będzie nam w życiu o wiele łatwiej. Jednakże wbrew oczekiwaniom z roku na rok szklanka się zapełnia gorzkim płynem i to w dość szybkim tempie. Wypalamy się. Nie potrafimy zadbać o swoją przyszłość i godną śmierć. Chociażby nawet o lepsze jutro. Pieniądz opętał nasz mózg. Dajemy się manipulować, pluć sobie w twarz. Seks, narkotyki, internet- tym żyje dwudziestopierwszowieczna młodzież. Z roku na rok coraz to więcej idiotów decyduje się, by spłodzić sobowtóra. "Idiota za idiotą, idiotą pogania" jest adekwatnym hasłem obrazującym dzisiejszy świat. Brak osobowości. Jakichkolwiek, choćby najmniejszych wartości. Zero moralności. Brak mózgu. Powyższe schorzenia naszego pokolenia, coraz bardziej się szerzą, co jest naprawdę bardzo niepokojące. Potencjalne opustoszenie mózgu niektórych "istot" nie obliguje mnie do jakiejkolwiek konwersacji z nimi. Na co dzień możesz mijać się na ulicy nawet z dziesiątkami gwałcicieli, transwestytów czy pedofili, nie mając o tym pojęcia. Czy rzeczywiście po to zostalimy zesłani na ten świat, by sprawiać przykrość i ból? Bóg wciąż nas kocha. Czy my kochamy Boga? I czy rzeczywiście każdy człowiek czyni to, co uważa za stosowne? Skoro tak, to niech dla świętego spokoju zapełnią się nimi zakłady psychiatryczne, przytułki czy więzienia. Niech nikt nie umiera za życia, mimo wszystko. Dane jest nam być na tym świecie tylko raz. Wykorzystajmy to, nawet gdy nasze życie to zestaw szarych ołówków, a nie kolorowe kredki. Jeżeli jest źle, po prostu zmieńmy to, mimo przeciwności losu... Szczery uśmiech nic nie kosztuje. A sprawia tyle przyjemności.
KONIEC CZĘŚCI I
Autor: Aleksander Szafraniec
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz